
Wystawa monograficzna Stanisława Dróżdża
Koniec wystawy Stanisława Dróżdża w Centrum Sztuki Współczesnej na Zamku Ujazdowskim przenika się z jej początkiem, nadając jej charakter hipertekstu, który widz sam porządkuje. Nie spinają tej ekspozycji, bowiem ramy chronologii, która mimo, że zasugerowana nie jest jednak wyraźna. Oglądamy tutaj przegląd poszukiwań twórczych autora od 1967 do 2007 roku. Można, więc zacząć oglądanie od środka, żeby zakończyć w innym środku zawsze zataczając koło, znaleźć się w momencie jego pozornego początku. Poezja konkretna powielonego znaku na płaszczyźnie, w przestrzeni lub poetyckość konkretnych przedmiotów, które ze względu na miejsce zmieniają swoje znaczenie. Są wobec tego dwa, wzajemnie się dopełniające bieguny twórczości artysty. Cała mapa ich zagęszczenia i struktura rytmu ich sytuowania się wewnątrz swojego kontekstu, tutaj pomiędzy murami Zamku Ujazdowskiego, sama stanowi hipertekst i czyni każdy krok i gest widza częścią samej siebie, jego czyniąc według własnych praw. W ten sposób widz zostaje zanurzony w świecie, który po wyjściu stąd zawsze już pozostanie obecny w ciszy ukrytej bezwzględności prawdy o tym, że świat jest tekstem. 45 zaprezentowanych "zapisów" doskonale żongluje tutaj naszą umiejętnością interpretacji, pozornie dając się przez nią ujarzmić, ale w istocie umykając zamknięciu przez jej kategoryczny wymiar. W pełni tych prac nie możemy doświadczyć, bo pozostają niedokończone wykraczając poza ramy własnych kształtów przesuwając swoje krańce stanowiące o ich twardości na nas samych, nas czyniąc swym kresem. Jeśli "ten świat to ludzie którzy go myślą", a "matematyka jest językiem wszechświata", jeśli rzeczywistość jest tekstem, to twórca "Pojęciokształtów' rozkłada nam ten fakt niczym kubik prezentując jego dwuwymiarowość i pozwalając go złożyć. Składanie to zresztą nie jest rzeczą prostą, bo w rzeczy samej chłód rzeczowości nas samych rzeczami czyni w kontekście miejsca, w którym sama rzeczowość krzyczy, że nas ogranicza, a może ogranicza nasz umysł? Dróżdż czyni bowiem tekst przedmiotem, jak przedmiot badając go i analizując. Nie przekracza jednak głębokiej granicy, zatrzymuje się na niej, granicy uświadomienia, że ten przedmiot nie tylko nas otacza i pozwala nam z siebie korzystać, ale też myśli nas samych, nas kształtując i nami transmutując we własną nieskończoność. Pytanie więc czy to my myślimy świat, czy świat myśli nas samych?

Z pomiędzy tych dwóch pytań, niczym z relacji litery do cyfry wertykalnie bije strumień odpowiedzi, otwierany przez naszą uważność. Przyjrzyjmy sie więc tym tekstom- przedmiotom z bliska i sprawdźmy czy nam się dadzą uchwycić, tak jakby tego być może chciał sam ich autor.
Pootwieramy te zapakowane "szkła powiększające" struktury bytowości w sposób o tyle dowolny, co uporządkowany zaczynając od płaszczyzn, przez film wychodząc w przestrzeń, tak żeby skończyć na teserakcie przestrzeni samej obecności wewnątrz ich emanacji.
gdy być zaczyna
- to już
gdy jest
- to jeszcze
gdy być przestaje
- to już
(już- jeszcze- już)
nie
to
co jest
a
to
czego nie ma
jest bardziej
niż
to
co jest
( z miniatur)
Te dwa wiersze z lat 60 zamieścił ich autor - Stanisław Dróżdż po to, żeby dac nam pewien grunt i punkt zaczepienia podczas naszej wędrówki po jego "laboratorium tekstu i znaczenia". Mówią one już wszystko więc pozwólmy im mówić samym o tym, co zaraz zobaczymy.
Obrazy Stanisława Dróżdża, są często efektem powtórzeń, kombinacji i permutacji, w wyniku czego mamy do czynienia z polifonią znaków. Z tej polifonii zaczyna rodzic się przeczucie, że dzieła te stanowią cześć rzeczywistości w sposób naturalny i podpatrzony raczej niż wytworzony. Są więc owe płaszczyzny jakby skrawkami rzeczywistości samej w jej głęboko znaczeniowym sensie. Zetknięcie z takim skrawkiem stwarza wrażenie nieskończoności, ponieważ granica obrazu jest tylko pozorna, podczas, gdy treść jego zostaje wchłonięta przez widza jako cześć jego doświadczeń codziennych. Tekst, który "wydaje się sam pisać niewidzialnie, poza planszą" odsyła nas do pytania o to gdzie dokonuje się ten zapis "poza"? Wiele z prezentowanych na wystawie eksponatów nie posiada tytułu, który występuje tylko w nawiasie jako kontynuacja tekstu zawartego na obrazie. Tak jest w przypadku zapisów z lat 1971- 1981 ( "poza")
, lub późniejszych jak "trwanie" 
i "od do"
, "i"
, w książkach artystycznych penetrują strukturę doświadczenia tego niewidzialnego zapisu trwającego poza ramami. Tym bardziej zastanawia więc w ich kontekście owo miejsce, w którym sie ten zapis dokonuje. Taki proces ma miejsce również w przypadku, gdy litera przyswaja sobie język znaków interpunkcyjnych itp., a także wówczas, gdy zostaje zastąpiona przez cyfrę. I tak np. "teksty cyfrowe"

, "continuum"
, "przypadek x" 
, "samotność"
, czy nawet "początekoniec"
, z której zaczerpnięto tytuł wystawy, mają otwartą kompozycję. Wiele znaków jest tam wręcz uciętych przez fizyczny brzeg sugerując już chyba w sposób bezpośredni, że znaki te nie istnieją przecież w takiej formie i gdzieś muszą się domknąć. Pytanie brzmi gdzie się domykają, gdzie jest ich kontynuacja? Odpowiedź daje sam autor, jak zobaczymy później. Na razie daje nam znać, że taka sytuacja nie jest bynajmniej chwilowa i będzie trwała, być może zawsze, jak to na to wskazuje "data"
.Obok tych pozbawionych granic, istnieją też zapisy będące jak gdyby punktami o zamkniętej kompozycji. Obserwujemy to w przypadkach takich jak: "życie i śmierć"

z roku 1969, lub późniejsze " ja"
z 1998. Jest tak również, choć to może sytuacja nieco pośrednia między tą a poprzednią gdzie zapisu nie domykały brzegi płaszczyzny w dekonstrukcji słowa "przemijanie"
. Jest również w obrazie z 1973 roku "przybywanie ubywania, ubywanie przybywania", w "minimum maximum", "dwa słowa", "samo słowo", "język i matematyka"
, "białe- czarne"
, "zapominanie"
, czy wreszcie cyklu "klepsydry"
. Te punkty zastanawiają podwójnie. Dlaczego są to zamknięte kompozycje? Czyżby już nie miały swojego przełożenia na rzeczywistość, czy też na owe pole, w którym piszą się same, a do którego w tej chwili zmierzamy? otóż wygląda na to, że odpowiedź jest jasna. Tylko nie można jej sprecyzować. Jest tak, jak gdyby te zapisy "pisały sie same" w nas a nie na jakiejś innej przestrzeni. Tutaj trzeba wejrzeć w strukturę samej świadomości. Otóż z ontologicznego punktu widzenia możliwe jest, żebyśmy mogli rzeczywistość tworzyć, czy też tańczy z nią jako znaczeniem mogli współtworzyć, wewnątrz jej narzuconych granic i jako jej prawom poddani. Wówczas to musiałyby być tak, że "jesteśmy tym, co potrafimy nazwać", a i świat tym jest. Świat jako całokształt i suma naszych wniosków. Wtedy zbiorowa świadomość jest światem właśnie natomiast język, który by nas określał i "pisał' nas, jest w istocie horyzontem zetknięcia się nas z granicami naszej przestrzeni pojęć i umiejętności nazywania. W tym ujęciu ucięte litery, urywkowe kadry, niedokończenie z obrazów Dróżdża okazuje się dotknięciem tego, że my stanowimy o rzeczywistości, a więc również o sztuce. Jego obrazy pozostają tkanką o pewnych stałych, na których dokonujemy działań. Posiadają wewnętrzną spójność i prawa, z których możemy korzystać żeby rozwinąć je w jakieś pogłębienie istoty tego czym jest świat i jaka jest w nim nasza rola. "Początekoniec" jest wystawą o uniwersalnym charakterze. Obrazy tam prezentowane, te w zamkniętej kompozycji mówią nam o pewnych prawach, stałych zasadach, porządkach, prawidłach, jakimi rządzi rzeczywistość. My nie możemy ich zmienić, ale możemy zmienić perspektywę. Obrazy takie, punkty są, bowiem przedłużeniem koncepcji o niedokończeniu, ponieważ pomimo pozornego określenia ramami kompozycji i istnienia tylko w niej, same maja charakter migawkowy, tzn. również wydają się nieskończone i trwające w procesie stawania się, czy też zmieniania samego. 


W kontekście tych niedokończonych, przekraczających fizyczne ramy, punkty te nabierają konkretnego kierunku a ich wektor wskazuje na nas. Można więc powiedzieć, że niedokończone obrazy mają swoją kontynuację w rzeczywistości, która nas otacza, natomiast obrazy, które nazywam tu punktowymi, w nas. Wówczas ciekawe wydaje się, że artysta do obu tych ( horyzontalnej i wertykalnej) kierunków dostosowuje podobne pojęcia i symbole, jakby coś nam chciał zasugerować, co postaram się zbadać nieco dalej.
Drugą grupę dzieł na tej monograficznej wystawie stanowią filmy i dokumentacje. Tutaj liniowa przestrzeń czas, w przystępny sposób snują opowieść o znaku i o znaczeniu. Zmieniające się układy zespołów złożonych ze znaków "i" migawkowo permutują na ekranie w jakimś tańcu zazębiając sie i de konstruując się nawzajem, wskazując na zmienność jako coś co nadaje im ruchu. Pytanie ciąży w stronę znaczenia, ponieważ cała twórczość tego polonisty z wykształcenia formę i treść przekazuje z jednakową oszczędnością i siłą. Czy owe "i' z filmy "algebra przyimków'

( na kolejnych stronach książki znajdują się poszczególne sekwencje z filmu), to nie jesteśmy my sami?Inny film wyświetlany na tym samym ekranie przyimek metamorfuje w linię
i w ten sposób zbliża sie do konkretyzacji namacalnej już poezji. W tym momencie bowiem znak staje się przedmiotem i widzimy, że był nim wcześniej dla twórcy, który stara się go dotknąć żeby go pojąc. To samo rzecz oczywista chce czynić ze znaczeniem. Ale ruchome obrazy na tym ekranie umykają i zmieniają się. Nie sposób zatrzymać ich, można je badać, ale nie posiąść ich istotę. To nas informuje o czymś, czego doświadczał autor i co jest ogólnym doświadczeniem tych wszystkich, którzy wezmą w "ręce" przedmiot- znaczenie. Linia się zmienia, jest kłębkiem, który się rozwija, stając sie momentem dalszej opowieści, kłębek być może myśli, przez chwile stały i jedyny, za chwile zmienny, wycięty z większej ilości takich samych, które poza ramami piętrzą się jak owe przyimki. 

Te kłębki można rozumieć jako nasze idee i przekonania, a to, że z owej plątaniny wychodzi linia ciągnąc się poza kadr, jako poczucie częściowości. Taki jeden splatany kształt wyrażający zespół myśli i odczuć jednostki przedłużony jest na filmie i połączony tym samym z widzem którego dosięga, wykraczając z kadru. Kompozycja elektroakustyczna "od do" Tadeusza Sudnika stworzona na podstawie poezji konkretnej Dróżdża jest już przejściem od przedstawienia "na zewnątrz", do przedstawienia tej poezji w nas, przez doświadczenia zmysłowe. Przyjrzyjmy sie więc teraz przestrzeni.
Jest jeszcze film, który stanowi dokumentację z 50. Biennale w Wenecji z 2003 roku. Stanisław Dróżdż był wówczas autorem Pawilonu Polskiego
. Artysta stworzył tam sytuacje gry pojęć i naszą świadomością miejsca. Przestrzeń mogłaby symbolizować świat, natomiast stojący pośrodku stół bilardowy być pomnikiem samej gry w ujęciu przeze mnie zaznaczonym. ściany pokryte są cała kombinacja możliwych zastawień sześcianów oznaczonych wartościami każdej ze ścian. Stół to nasze pole gry i tu możemy o czymś zdecydować. O czym? Za chwilę do tego powrócimy, ale fotografia tego miejsca na pierwszy plan wysuwa przedmiot
< , który jest znakiem, wiec wiemy już czym będziemy grac- znaczeniami. 
Na wystawie są pomieszczenia, takie do, którego się wchodzi i widzi wokół siebie znaki i takie do którego nie ma się wstępu, i które ogląda się z zewnątrz. W pierwszym otoczenie również symbolizuje świat i znaki, wpuszczeni do środka możemy sie temu przyjrzeć żeby pomyśleć o temacie całej wystawy w spokoju i skupieniu.

Rytmika wszystkich eksponatów również tutaj, stwarza do tego świetne warunki. Inaczej jest jednak w przypadku instalacji pod tytułem "żyłki"
Teraz możemy tylko patrzeć z zewnątrz. Ale na co patrzymy? Na siec powiązań, na system. Ale czym jest ten system? Co jeśli my sami jesteśmy owymi żyłkami, całe pomieszczenie jest obrazem morfogenetycznej całości, czyli sumy nas wszystkich? Żyłki sie przeplątają i wypełniają całą przestrzeń. Oglądamy kolor pomieszczenia i powietrze uwięzione pomiędzy tymi sznurkami. Żadna z tych żyłek nie istnieje sama, każda w powiązaniu, każda w inny sposób, choć niektóre podobnie. To jest po prostu schemat tej sytuacji.
Pięknej, ale wciąż nieuświadomionej, dlatego niepokojącej. Jest wreszcie pomieszczenie z klamkami i tu kryje się klucz do znaczenia wystawy. Otóż mamy do wyboru różne drzwi, możliwości, które istnieją- nie istnieją dzięki samej obecności klamek.
To klasyczny przykład "pułapek formy". To czego faktycznie nie ma, my dopowiadamy. Wniosek jest taki, że to my decydujemy o tym czym jesteśmy, czym jest świat i jakie jest znaczenie wszystkiego. Ciężar istoty bytu został przeniesiony i znajduje się teraz w nas samych, w pytaniu co jest istotą nas samych i jak daleko sięgają nasze możliwości. Byt określa świadomość, jeśli świadomość nie określa bytu. W chwili kiedy świadomość zaczyna decydować, byt staje się materiałem. Materiałem są również pojęcia. Dlatego również pojęcia określamy my. Mimo tego istnieją pojęcia stałe, które możemy modelować. Gry, które autor materializuje to gry które nigdy sie nie kończą i "koło"
ma o tym przypomnieć. Logiczna i bezwzględnie precyzyjna estetyka tych dzieł mrozi krew i ochładza oddech. 


Cała wystawa jest bardzo ciekawa nie tylko, jednak dzięki schludnej otoczce, ani też harmonijnemu wyczuciu formy, z wielką wrażliwością i głębokim wejrzeniem w jej wewnętrzne i zewnętrzne napięcia. Całość jest przypomnieniem, poprzez to co się w niej zawiera. Tam byty rzeczywiście istnieją i nie są wcale wyobrażane. Nie jest to mimesis ale uchwycenie faktycznego życia. To życie jest relacją wg. myśli Deleuziańskiej, a myśli to kłębki. Owszem to my decydujemy ale jednak w ostateczności coś się na horyzoncie odsłania- tworzy. To wieczne kółko i ukryte prawidła kosmosu, wciąż powracające te same pytania o to, kim jesteśmy i dlaczego jesteśmy, dlaczego zostaliśmy wrzuceni na ten świat, na tą wystawę nie dają spokoju. Na szczęście mamy stół do gry i potrzebne pionki- znaczenia. 
Zdecydujmy czy chcemy pozostawać w nieświadomości, czy też zacząć współtworzyć, bez określania jednak i zamykania się w stałych znaczeniach. To co trwa daje jest żywe. Bo czas był dla Dróżdż ważnym tematem i nie rozumiał go bynajmniej liniowo. 
Stanisław Dróżdź pozostawił nam anamnezę, do której wchodzimy obserwując jak istnieje w nas samych. Ta struktura teseraktu pozwala nam wynieść tak czystą i przejrzystą wystawę jego wejrzeń ze sobą i nosić w sobie, dzieląc się nią. Anamnezą, czyli przypomnieniem o naszym miejscu na świecie- nas jako stwórców naszej rzeczywistości, w której egzystujemy. Przypomnieniem również o tym, że tworzymy razem. Poeta- artysta- filozof dawał nam również do myślenia o możliwości otworzenia pewnych drzwi do korytarza poza rzeczywistość i poza śmierć. Wydaje mi się, że ten kierunek jest ostateczny, dla pełnego oglądu wystawy, która nie ma końca w swoich ramach murów galerii.
Bo to co uchwycone jest martwe i tylko "to co nie jest- jest", jak pisał poeta, również tutaj:Na początku jest koniec
złowieni w - śmierci - życia siec
zaciskającą pętlę czasu, przez niebyt rzucanym
bumerangiem bytu, przybywaniem ubywania
wracamy tam, gdzie nigdy nie byliśmy
będąc, gdy nas nie było, żyjemy
śmiercią, umieramy życiem, nie znając
czasu; z kogoś - swej - w coś przemiany
- nie byt mający, już mający nie być